piątek, 7 października 2011

Dla Kamiłka ;**

      PROLOG
Miłość i nienawiść – dwa niby odległe uczucia, a jednak granica między nimi jest tak cienka i krucha.
            Wielu osobom wydaję się, z nienawiści nie można stworzyć uczucia tak różnego jak miłość czy przyjaźń, a jednak jest to możliwe.
            Uważam nawet, że miłość stworzona z nienawiści, to miłość najsilniejsza – czysta, prawdziwa, szczera i na długie lata, jeśli nie na wieczność.
            Nienawiść sama w sobie to pojęcie dość względne, jednak tak niepojęte, że nie da się go do końca określić. Nienawiść zalicza się do uczuć, ale czy to jest słuszne? Uczucie definiuje jako coś, co czujemy w sobie, ale co nie zmieni się pod wpływem innych. Nienawiść natomiast to najczęściej kwestia uprzedzenia i wpływu osób z bliskiego otoczenia. Co więc sprawia, że nienawiść zalicza się do uczuć ? Szczerze mówiąc nie do końca wiem. Nienawiść rodzi się z niczego, odczuwa się ją mocno, zatruwa ona cały organizm i ciężko się jej pozbyć (choć nie jest to niemożliwe). Może to wystarcza, by nazwać ją uczuciem? Być może nie odczuwałam najprawdziwszej nienawiści, ale uważam, że jeśli jest to uczucie, to tylko czysto teoretyczne i całkiem powierzchowne. Nienawiść sama w sobie jest fałszywa i myląca. Nie może być prawdziwa, tak jak miłość nie może być powierzchowna, bo wtedy nie byłaby tak naprawdę miłością. Krótko mówiąc – miłość to prawda, a nienawiść to fałsz. Prawo logiczne. Są dwie opcje, ale każde uczucie ma przypisane tylko jedną wartość.
            Odbiegam od tematu, o którym miałam pisać, ale ciężko mi zebrać myśli. Nie wiem nawet jak to wszystko ubrać w słowa. Skoro nienawiść to fałsz, jakim cudem rodzi się z niego prawda ? Ciekawe teorie snują się po mojej głowie, ale nie będę się nad nimi rozwodzić. Z nienawiści może narodzić się miłość, ale z miłości nigdy nie rodzi się nienawiść. Choć wiele osób, by powiedziało, że jest całkiem odwrotnie. W tym wypadku to chyba zaprzecza logice. Z fałszu powstaje prawda, ale prawda pozostaje prawdą. Zawsze. Choć czasem łatwo można wziąć fałsz za prawdę.
            Wracając jednak do tej opowieści. To była krótka, ale piękna historia. Więź między dwojgiem ludzi. Prawdziwa i nierozerwalna nić, która połączyła ich, miejmy nadzieję, że na wieki.

I ROZDZIAŁ
                Nie znasz kogoś, ale Twoje zdanie o nim wyrabia się, opinia kształtowana poprzez zdanie Twoich znajomych. Ich nienawiść staje się Twoją nienawiścią. Łączy was to. Gdybyś przestał tym żyć, mógłbyś ich stracić. Boisz się tego. Zdanie o osobie rodzi się też z nienawiści do znajomych tej właśnie osoby. Udział mogą mieć także obydwa te czynniki. Jest jeszcze jeden powód do takiej powierzchowności – zniszczone uczucie. Ale nie miłość, lecz coś podobnego, uczucie fałszywe i pozorne , które większość ludzi sprowadza do miłości.
            Jaki był mój powód ? Powody były dwa. Pierwszym byli jego koledzy. Jeden, którego nie znosiłam i drugi, którego próbowałam nie znosić, a mimo to nadal go lubiłam. W świetle ich dwóch, on wypadał tak samo źle. Nie mógł być inny. Drugim powodem były przyjaciółki, które go nie znosiły. Zastanawiam się jednak czemu udzieliła mi się nienawiść, a nie uwielbienie drugiej grupy przyjaciółek.
            Uczucia pozytywne udzielają nam się znacznie trudniej. Jest tak głównie dlatego, że muszą one płynąć z serca. W innym wypadku nie są prawdziwe, a fałsz się nie sprzedaję. Prędzej czy później takie uwielbienie niknie.
            To uczucie nie wybuchło od razu. Najpierw była nienawiść. Choć w sumie nie wiem czy można to tak nazwać. Zwyczajnie go nie lubiłam, choć nie znałam go. Później nie znosiłam go coraz bardziej. Wtedy gdybym tylko mogła, skrzywdziłabym go w jakikolwiek sposób, tak po prostu, bez powodu. Był moim wrogiem. Ciągłe pole walki i bezsensowne kłótnie, które ja zaczynałam. Potrafiłam wszcząć bitwę z byle powodu albo jak zwyczajnie bez niego. Denerwowało mnie w nim wszystko. Dosłownie. Jego mądrość – to chyba była największa bariera między nami. Miał twardo ułożone poglądy, których potrafił się trzymać. Nie ulegał innym, był po prostu sobą ponad wszystko. Prawda moralne były w nim głęboko zakorzenione. Wiedział o uczuciach znacznie więcej niż jakikolwiek inny chłopak. To mnie – totalną idiotkę bez cienia wyczucia – zwyczajnie denerwowało i odpychało. Ani przez chwile nie pomyślałam, że ktoś taki mógłby cokolwiek we mnie zmienić. Czegokolwiek nauczyć.  
            Na każdym kroku pokazywałam, jak bardzo go nie znoszę. W sumie dałabym sobie uciąć głowę, że ta nienawiść jest prawdziwa. Straciłabym głowę, w sumie całkiem bez sensu za coś, co było fałszywe, za pozory. Nie potrafię tak naprawdę opisać, co wtedy się działo w mojej głowie. Przez ostatnie tygodnie wymazałam to skutecznie z pamięci, a te kilka przebłysków nie daje mi poglądu na całą sprawę. Jedno jest pewne: Nie znosiłam go !
            Każda próba wyciągnięcia ręki z jego strony, była uwieńczona moją odmową i krótkim „Chyba sobie kpisz”. W tym momencie widzę, jak bardzo to było żałosne i dziecinne. Nie znałam go, a mimo to wytworzyłam między nami barierę, grubą taflę szkła, od której on się odbijał przy każdej próbie podjęcia normalnej rozmowy. Jego szczere chęci odbierałam jako atak, ale zamiast obrony, sama zadawałam cios – idealnie dopracowany. Właściwie nie mierzyłam w niego. Każdy mój cios kierowałam w siebie. I każdy był  celny. Próbowałam go niszczyć, a tak naprawdę niszczyłam siebie.
            Taka właśnie jest nienawiść. Chcesz nią uderzyć w kogoś, zniszczyć go, ale tak naprawdę uzyskujesz odwrotny efekt. Próbujesz kogoś zniszczyć, nienawidząc go, ale to wszystko odbija się jakby o grubą taflę szkła, postawioną między wami. Nabiera dzięki temu większej mocy. Na początku nie odczuwasz tego, jesteś pewien, że wygrywasz. Aż nagle uderza to w Ciebie ze zdwojoną siłą. Jest to tak silne uderzenie, że nie wiesz, co się z Tobą dzieję. To od Ciebie zależy czy doprowadzisz się do takiego stanu. Wystarczy tylko pokonać nienawiść w sobie. Ale najpierw trzeba do tego samemu dojść, a nie ukrywam, że nie jest to łatwe zadanie. Ale nie jest ważne czy coś jest łatwe czy trudne do wykonania. Ważne, żeby miało to sens. W tym wypadku jest bardzo ciężko, ale naprawdę jest o co walczyć, warto…
            Nie wiem jak do tego doszłam, ale dużo o tym myślałam. Z każdą chwilą coraz więcej. Nie mogłam znieść tej nienawiści. To uczucie zabierało mi siłę i niszczyło mnie coraz dotkliwiej. Nie mogłam na to pozwolić. Przemyślałam to. I doszłam do wniosku, że nawet go nie znam, ocenianie go jest zbyt powierzchowne, jak na moje poglądy. Nie mogłam czuć do niego urazy, nie mogłam go tak nie znosić za nic.
Nienawiść jest zła sama w sobie, ale bezpodstawna nienawiść jest jeszcze gorsza. Powiedziałam NIE i zaczęłam proces niszczenia zła w sobie. Krok po kroku zaczęłam zabijać tego demona w sobie…
II ROZDZIAŁ
            Myślenie to zawsze pierwszy krok. Później przychodzi czas, aby słowa zamienić w czyny. Musiałam go przeprosić, to przede wszystkim. Myślałam, że mnie wyśmieję – ja pewnie na jego miejscu tak bym postąpiła – ale on po prostu to przyjął, wybaczył. Właśnie na tym to polega, trzeba potrafić wybaczać.
            Pierwsze dni były trudne. Dziewczyny byłe złe. Nie mogły zrozumieć, dlaczego nagle zmieniłam zdanie. Bałam się, że je stracę, nie chciałam tego. Ale przepraszając go, wiedziałam, co robię. Nawet gdyby one się odwróciły, nie żałowałbym. Strach o utratę czegokolwiek, nie może nas paraliżować, odbierając nam zdolności do myślenia. Cokolwiek byśmy ryzykowali, musimy kierować się w takich momentach rozumem.
            Nasza znajomość była dość specyficzna od samego początku. Najpierw była wspomniana nienawiść, później znosiłam go jakoś, nie mając o nim zdania, wtedy przyszedł czas, kiedy naprawdę go polubiłam. Pisaliśmy codziennie, właściwie całe dnie. Uzależniało mnie to, nie mogłam przeżyć choćby jednego dnia bez pisania z nim. To było nałóg, silny i nie do opanowania. To co wcześniej mnie w nim denerwowało, teraz mi się zaczęło podobać. Rozmowa z nim zawsze była ciekawa. On – ambitny, utalentowany, inteligentny, uczuciowy i posiadający swoje zdanie – chłopak idealny w sumie – zaczął mnie do siebie przyciągać z nieznaną mi siłą. On bez wątpienia jest człowiekiem intrygującym.
            „Jeszcze niedawno go nie znosiłam, a dziś byłabym w stanie dla niego zrobić prawie wszystko. Ufam mu jak nikomu. W sumie tylko on mnie rozumie. Mogę z nim rozmawiać o wszystkim, powiedzieć mu cokolwiek. Czuję, że jestem wreszcie komuś potrzebna.
Martwi mnie to. W tak krótkim czasie z wroga stał się moim przyjacielem. Dziwna siła przyciągania.
Magia.”
            Byłam pewna, że będziemy dobrymi przyjaciółmi, tyle mi wystarczało. Obiecywałam sobie, że nie poczuję nic więcej i myślałam, że uda mi się tego dopilnować, ale jeśli chodzi o uczucia – nie da się ich kontrolować. Można je tłumić, ale one i tak prędzej czy później wyjdą na światło dzienne.
            Trzy miesiące wystarczyły, żeby stał się moim najlepszym przyjacielem. Stał się najbliższą mi osobą. Jedyną, której mogłam powiedzieć wszystko. Cokolwiek było nie tak, „leciałam” do niego. To właśnie on stał się dla mnie wsparciem, którego mi brakowało. Dał mi nadzieję na lepsze jutro. Wiarę w siebie i w ludzi. Siłę, by przeciwstawić się światu, by walczyć o siebie. Odwagę, by pokazać innym siebie, zamiast ukrywania swojej osobowości. Odwagę, by przeciwstawić się ludziom i nie ulegać ich zdaniu, by walczyć ze stereotypami. Nauczył mnie jak żyć pełnią życia. Jak nie żałować tego, co się robi. Pokazał mi, co to są prawdziwe uczucia i wartości. Dzięki niemu wyparłam z siebie to, co mnie niszczyło…
            On – ten początkowo znienawidzony przeze mnie chłopak – zmienił mnie na lepsze, stając się moją bratnią duszą – przyjacielem. Ta przyjaźń – prawdziwa i szczera – stała się moim ratunkiem od zatopienia.
„Szczerość za szczerość. Zaufanie za zaufanie” – w myśl tej umowy on stał się powiernikiem mojego życia…
III ROZDZIAŁ
            „I ty śmiesz nazywać się pianistą? Nie kpij sobie!” – te słowa dzwonią mi w uszach do tej pory. Wypowiedziałam je w sumie bezmyślnie. On był pianistą, w sumie dość dobrym. Jest nim nadal. On – Kamil – rozważny, wrażliwy pianista.
            „Znamy się w sumie krótko, a ja coraz bardziej w to wpadam. Nie mogę na to pozwolić. Ulegam mu, poddaję się jego urokowi. Nie mogę. Zbyt bardzo się uzależniłam, przywiązałam do niego. To nie powinno się zdarzyć.
Nie powinno…”
            Pisałam z nim codziennie – był moją podporą w trudnych chwilach. On jeden wiedział, co się ze mną dzieję. Moja dusza była dla niego otwarta. Nie narzucał mi zmian, a mimo to dzięki niemu rozumiałam, co muszę zmienić, widziałam każdy choćby najmniejszy błąd. Odkryłam, o co w życiu walczę i co jest ważne. Dzięki tej przyjaźni wszystko stało się lepsze…
            On zmienił cały mój świat. Stałam się inna niż dotychczas. Zaczęłam ujawniać swoją opinie i zaciekle jej bronić. Nauczyłam się, że nie mogę nikomu ulegać ani narzucać sobie zdania innych. Muszę walczyć o to, co myślę. Nie kłótnią, nie ciosem za cios, ale argumentami – silnymi i uderzającymi w przeciwnika. Nie podnosząc głosu, mówić spokojnie i z opanowaniem -zbijając ludzi z tropu. Nauczyłam się posługiwać ironią. Bawić się, widząc, że ktoś nie może wyczuć charakteru w jakim coś mówię.
            Pan rozważny był opanowany, nawet w sytuacjach stresowych. Nie unosił się gniewem. Każdy cios znosił z godnością. Nie ranił nikogo, znosząc ból, ranił coraz dotkliwiej siebie. Momentami tego nie rozumiałam, ale w sumie nie dziwiłam się temu, bo często go nie rozumiałam. Był chyba ze sto razy mądrzejszy ode mnie. Szlachetny człowiek, potrafiący obdarzyć uczuciem z jakim nie każdy potrafi sobie poradzić. Przyjaciel idealny, w sumie idealny chłopak. Wyjątkowa osoba…
            Długo myślałam, że nie da mnie się zmienić, ale im dłużej z nim pisałam, tym więcej widziałam zmian  w sobie. Zmian na dobre.
            Kiedyś dużo się bawiłam – imprezy, alkohol, fajki, chłopaki na ilość, złe towarzystwo. Zrozumiałam jak źle postępuje, zmieniłam się na lepsze, co w sumie nie każdemu się spodobało. Było ciężko z tym zerwać, choć w sumie nie lubiłam dyskotek i tego typu miejsc. Używki, puste idiotki, chłopaki bez wartości, muzyka bez znaczenia – bez ważnych słów, bez uczuć. Nie lubiłam tego. Często w takich miejscach siedziałam samotnie w kąciku sali, nie bawiłam się, nie śmiałam, byłam smutna, zdezorientowana, czasem płakałam. Nie znosiłam tych miejsc, a jednak lubiłam tam chodzić – z przyjaciółmi, którzy zostawiali mnie, bo zwyczajnie psułam im zabawę. Oni pili, wygłupiali się, a ja byłam zbyt poważna nawet po alkoholu. Dzięki niemu rzuciłam to miejsce, bezsensowne picie, fajki, autoagresje. Rzuciłam wszystko, co niszczyło mnie psychicznie bądź fizycznie.
            On był poważny, zachowywał rozwagę, był inteligentny ponad miarę. Podobało mi się to. Lubiłam z nim rozmawiać na każdy temat. Miał twarde poglądy. W sumie niepodważalne argumenty. Właśnie dzięki temu nauczyłam się, że należy mieć swoje zdanie, a nie jakieś zapożyczone od mądrych. Wiele osób zdanie kogoś bierze jako swoje. Mimo że go nie rozumie bądź nie popiera. Ale tak jest łatwiej. Poprzeć i mieć święty spokój. On – prawdziwy filozof – zawsze wiedział, co myśli na każdy temat. Był w tym pewny. Ja do tej pory trochę się jeszcze gubię w świecie, moje zdanie choć własne, nie jest jeszcze ukierunkowane.
            On – pan wrażliwy i rozważny, pianista, filozof, przyjaciel … prawdziwy przyjaciel… najlepszy… On jedyny potrafił na mnie wpłynąć. On jedyny widział we mnie coś więcej. Widział moją ukrytą osobowość. Widział mnie, tą prawdziwą…
            „Przyjaciółki” zaczęły mi zarzucać, że upodabniam się do Kamila, ale przecież człowiek tak naprawdę się nie zmienia. Nie w dzień, tydzień, miesiąc, nie rok. Nie w takim stopniu. Skończyła się liryka maski. Zaczynam być swoim alter ego swojej twórczości.
            Szczerość, zaufanie, wsparcie, zrozumienie – to nas zbliżało z każdym kolejnym dniem coraz bardziej. W sumie przyjacielskie spotkania. Moje nawijanie o niczym. Jego milczenie. Obiecywaliśmy sobie przyjaźń na zawsze. Nie było szans na nic więcej, aż do pewnego dnia…
W sumie tak zwyczajnego, a jednak lekko zmieniającego sposób w jaki na niego patrzyłam. Ten dzień…         
IV ROZDZIAŁ
            Mogłabym opisywać bez sensu ten dzień, ale to nie dzień był ważny, ale on… Tego dnia po raz pierwszy w jego obecności, poczułam się tak dziwnie… Bałam się. Byłam cała roztrzęsiona. Całą noc, płakałam. Tak bardzo bałam się, że coś pójdzie nie tak i przyjaźń pryśnie, a tak nie mogło być.
            Kiedy pierwszy raz objęliśmy się na powitanie w sumie nic szczególnego nie poczułam. Ale gdy objął mnie po raz drugi, serce zaczęło mi mocniej bić… Byłam jak sparaliżowana. Nie mogłam nic kompletnie zrobić.
            Każdy mały krok był czymś innym niż dotychczas, czymś nowym, wyjątkowym. Przy nim wszystko było magią.
            Nasz pierwszy pocałunek, dotyk, czułe słowa „kocham”, „na zawsze” wyszeptane cicho i zmysłowo… To nadawało sens. Tęsknota ogarniała mnie po każdym spotkaniu z coraz większą siłą. Lubiłam jego obecność… jego dotyk… jego usta… Kocham wszystko, co z nim związane…
            W sumie mogłabym pisać o tym , co jest między nami w nieskończoność, ale tego nie da się opisać słowami, więc wystarczy powiedzieć, że jest naprawdę cudownie, wspaniale, idealnie…
            I będzie tak już na długo… na zawsze. Na zawsze razem…