piątek, 7 października 2011

Dla Kamiłka ;**

      PROLOG
Miłość i nienawiść – dwa niby odległe uczucia, a jednak granica między nimi jest tak cienka i krucha.
            Wielu osobom wydaję się, z nienawiści nie można stworzyć uczucia tak różnego jak miłość czy przyjaźń, a jednak jest to możliwe.
            Uważam nawet, że miłość stworzona z nienawiści, to miłość najsilniejsza – czysta, prawdziwa, szczera i na długie lata, jeśli nie na wieczność.
            Nienawiść sama w sobie to pojęcie dość względne, jednak tak niepojęte, że nie da się go do końca określić. Nienawiść zalicza się do uczuć, ale czy to jest słuszne? Uczucie definiuje jako coś, co czujemy w sobie, ale co nie zmieni się pod wpływem innych. Nienawiść natomiast to najczęściej kwestia uprzedzenia i wpływu osób z bliskiego otoczenia. Co więc sprawia, że nienawiść zalicza się do uczuć ? Szczerze mówiąc nie do końca wiem. Nienawiść rodzi się z niczego, odczuwa się ją mocno, zatruwa ona cały organizm i ciężko się jej pozbyć (choć nie jest to niemożliwe). Może to wystarcza, by nazwać ją uczuciem? Być może nie odczuwałam najprawdziwszej nienawiści, ale uważam, że jeśli jest to uczucie, to tylko czysto teoretyczne i całkiem powierzchowne. Nienawiść sama w sobie jest fałszywa i myląca. Nie może być prawdziwa, tak jak miłość nie może być powierzchowna, bo wtedy nie byłaby tak naprawdę miłością. Krótko mówiąc – miłość to prawda, a nienawiść to fałsz. Prawo logiczne. Są dwie opcje, ale każde uczucie ma przypisane tylko jedną wartość.
            Odbiegam od tematu, o którym miałam pisać, ale ciężko mi zebrać myśli. Nie wiem nawet jak to wszystko ubrać w słowa. Skoro nienawiść to fałsz, jakim cudem rodzi się z niego prawda ? Ciekawe teorie snują się po mojej głowie, ale nie będę się nad nimi rozwodzić. Z nienawiści może narodzić się miłość, ale z miłości nigdy nie rodzi się nienawiść. Choć wiele osób, by powiedziało, że jest całkiem odwrotnie. W tym wypadku to chyba zaprzecza logice. Z fałszu powstaje prawda, ale prawda pozostaje prawdą. Zawsze. Choć czasem łatwo można wziąć fałsz za prawdę.
            Wracając jednak do tej opowieści. To była krótka, ale piękna historia. Więź między dwojgiem ludzi. Prawdziwa i nierozerwalna nić, która połączyła ich, miejmy nadzieję, że na wieki.

I ROZDZIAŁ
                Nie znasz kogoś, ale Twoje zdanie o nim wyrabia się, opinia kształtowana poprzez zdanie Twoich znajomych. Ich nienawiść staje się Twoją nienawiścią. Łączy was to. Gdybyś przestał tym żyć, mógłbyś ich stracić. Boisz się tego. Zdanie o osobie rodzi się też z nienawiści do znajomych tej właśnie osoby. Udział mogą mieć także obydwa te czynniki. Jest jeszcze jeden powód do takiej powierzchowności – zniszczone uczucie. Ale nie miłość, lecz coś podobnego, uczucie fałszywe i pozorne , które większość ludzi sprowadza do miłości.
            Jaki był mój powód ? Powody były dwa. Pierwszym byli jego koledzy. Jeden, którego nie znosiłam i drugi, którego próbowałam nie znosić, a mimo to nadal go lubiłam. W świetle ich dwóch, on wypadał tak samo źle. Nie mógł być inny. Drugim powodem były przyjaciółki, które go nie znosiły. Zastanawiam się jednak czemu udzieliła mi się nienawiść, a nie uwielbienie drugiej grupy przyjaciółek.
            Uczucia pozytywne udzielają nam się znacznie trudniej. Jest tak głównie dlatego, że muszą one płynąć z serca. W innym wypadku nie są prawdziwe, a fałsz się nie sprzedaję. Prędzej czy później takie uwielbienie niknie.
            To uczucie nie wybuchło od razu. Najpierw była nienawiść. Choć w sumie nie wiem czy można to tak nazwać. Zwyczajnie go nie lubiłam, choć nie znałam go. Później nie znosiłam go coraz bardziej. Wtedy gdybym tylko mogła, skrzywdziłabym go w jakikolwiek sposób, tak po prostu, bez powodu. Był moim wrogiem. Ciągłe pole walki i bezsensowne kłótnie, które ja zaczynałam. Potrafiłam wszcząć bitwę z byle powodu albo jak zwyczajnie bez niego. Denerwowało mnie w nim wszystko. Dosłownie. Jego mądrość – to chyba była największa bariera między nami. Miał twardo ułożone poglądy, których potrafił się trzymać. Nie ulegał innym, był po prostu sobą ponad wszystko. Prawda moralne były w nim głęboko zakorzenione. Wiedział o uczuciach znacznie więcej niż jakikolwiek inny chłopak. To mnie – totalną idiotkę bez cienia wyczucia – zwyczajnie denerwowało i odpychało. Ani przez chwile nie pomyślałam, że ktoś taki mógłby cokolwiek we mnie zmienić. Czegokolwiek nauczyć.  
            Na każdym kroku pokazywałam, jak bardzo go nie znoszę. W sumie dałabym sobie uciąć głowę, że ta nienawiść jest prawdziwa. Straciłabym głowę, w sumie całkiem bez sensu za coś, co było fałszywe, za pozory. Nie potrafię tak naprawdę opisać, co wtedy się działo w mojej głowie. Przez ostatnie tygodnie wymazałam to skutecznie z pamięci, a te kilka przebłysków nie daje mi poglądu na całą sprawę. Jedno jest pewne: Nie znosiłam go !
            Każda próba wyciągnięcia ręki z jego strony, była uwieńczona moją odmową i krótkim „Chyba sobie kpisz”. W tym momencie widzę, jak bardzo to było żałosne i dziecinne. Nie znałam go, a mimo to wytworzyłam między nami barierę, grubą taflę szkła, od której on się odbijał przy każdej próbie podjęcia normalnej rozmowy. Jego szczere chęci odbierałam jako atak, ale zamiast obrony, sama zadawałam cios – idealnie dopracowany. Właściwie nie mierzyłam w niego. Każdy mój cios kierowałam w siebie. I każdy był  celny. Próbowałam go niszczyć, a tak naprawdę niszczyłam siebie.
            Taka właśnie jest nienawiść. Chcesz nią uderzyć w kogoś, zniszczyć go, ale tak naprawdę uzyskujesz odwrotny efekt. Próbujesz kogoś zniszczyć, nienawidząc go, ale to wszystko odbija się jakby o grubą taflę szkła, postawioną między wami. Nabiera dzięki temu większej mocy. Na początku nie odczuwasz tego, jesteś pewien, że wygrywasz. Aż nagle uderza to w Ciebie ze zdwojoną siłą. Jest to tak silne uderzenie, że nie wiesz, co się z Tobą dzieję. To od Ciebie zależy czy doprowadzisz się do takiego stanu. Wystarczy tylko pokonać nienawiść w sobie. Ale najpierw trzeba do tego samemu dojść, a nie ukrywam, że nie jest to łatwe zadanie. Ale nie jest ważne czy coś jest łatwe czy trudne do wykonania. Ważne, żeby miało to sens. W tym wypadku jest bardzo ciężko, ale naprawdę jest o co walczyć, warto…
            Nie wiem jak do tego doszłam, ale dużo o tym myślałam. Z każdą chwilą coraz więcej. Nie mogłam znieść tej nienawiści. To uczucie zabierało mi siłę i niszczyło mnie coraz dotkliwiej. Nie mogłam na to pozwolić. Przemyślałam to. I doszłam do wniosku, że nawet go nie znam, ocenianie go jest zbyt powierzchowne, jak na moje poglądy. Nie mogłam czuć do niego urazy, nie mogłam go tak nie znosić za nic.
Nienawiść jest zła sama w sobie, ale bezpodstawna nienawiść jest jeszcze gorsza. Powiedziałam NIE i zaczęłam proces niszczenia zła w sobie. Krok po kroku zaczęłam zabijać tego demona w sobie…
II ROZDZIAŁ
            Myślenie to zawsze pierwszy krok. Później przychodzi czas, aby słowa zamienić w czyny. Musiałam go przeprosić, to przede wszystkim. Myślałam, że mnie wyśmieję – ja pewnie na jego miejscu tak bym postąpiła – ale on po prostu to przyjął, wybaczył. Właśnie na tym to polega, trzeba potrafić wybaczać.
            Pierwsze dni były trudne. Dziewczyny byłe złe. Nie mogły zrozumieć, dlaczego nagle zmieniłam zdanie. Bałam się, że je stracę, nie chciałam tego. Ale przepraszając go, wiedziałam, co robię. Nawet gdyby one się odwróciły, nie żałowałbym. Strach o utratę czegokolwiek, nie może nas paraliżować, odbierając nam zdolności do myślenia. Cokolwiek byśmy ryzykowali, musimy kierować się w takich momentach rozumem.
            Nasza znajomość była dość specyficzna od samego początku. Najpierw była wspomniana nienawiść, później znosiłam go jakoś, nie mając o nim zdania, wtedy przyszedł czas, kiedy naprawdę go polubiłam. Pisaliśmy codziennie, właściwie całe dnie. Uzależniało mnie to, nie mogłam przeżyć choćby jednego dnia bez pisania z nim. To było nałóg, silny i nie do opanowania. To co wcześniej mnie w nim denerwowało, teraz mi się zaczęło podobać. Rozmowa z nim zawsze była ciekawa. On – ambitny, utalentowany, inteligentny, uczuciowy i posiadający swoje zdanie – chłopak idealny w sumie – zaczął mnie do siebie przyciągać z nieznaną mi siłą. On bez wątpienia jest człowiekiem intrygującym.
            „Jeszcze niedawno go nie znosiłam, a dziś byłabym w stanie dla niego zrobić prawie wszystko. Ufam mu jak nikomu. W sumie tylko on mnie rozumie. Mogę z nim rozmawiać o wszystkim, powiedzieć mu cokolwiek. Czuję, że jestem wreszcie komuś potrzebna.
Martwi mnie to. W tak krótkim czasie z wroga stał się moim przyjacielem. Dziwna siła przyciągania.
Magia.”
            Byłam pewna, że będziemy dobrymi przyjaciółmi, tyle mi wystarczało. Obiecywałam sobie, że nie poczuję nic więcej i myślałam, że uda mi się tego dopilnować, ale jeśli chodzi o uczucia – nie da się ich kontrolować. Można je tłumić, ale one i tak prędzej czy później wyjdą na światło dzienne.
            Trzy miesiące wystarczyły, żeby stał się moim najlepszym przyjacielem. Stał się najbliższą mi osobą. Jedyną, której mogłam powiedzieć wszystko. Cokolwiek było nie tak, „leciałam” do niego. To właśnie on stał się dla mnie wsparciem, którego mi brakowało. Dał mi nadzieję na lepsze jutro. Wiarę w siebie i w ludzi. Siłę, by przeciwstawić się światu, by walczyć o siebie. Odwagę, by pokazać innym siebie, zamiast ukrywania swojej osobowości. Odwagę, by przeciwstawić się ludziom i nie ulegać ich zdaniu, by walczyć ze stereotypami. Nauczył mnie jak żyć pełnią życia. Jak nie żałować tego, co się robi. Pokazał mi, co to są prawdziwe uczucia i wartości. Dzięki niemu wyparłam z siebie to, co mnie niszczyło…
            On – ten początkowo znienawidzony przeze mnie chłopak – zmienił mnie na lepsze, stając się moją bratnią duszą – przyjacielem. Ta przyjaźń – prawdziwa i szczera – stała się moim ratunkiem od zatopienia.
„Szczerość za szczerość. Zaufanie za zaufanie” – w myśl tej umowy on stał się powiernikiem mojego życia…
III ROZDZIAŁ
            „I ty śmiesz nazywać się pianistą? Nie kpij sobie!” – te słowa dzwonią mi w uszach do tej pory. Wypowiedziałam je w sumie bezmyślnie. On był pianistą, w sumie dość dobrym. Jest nim nadal. On – Kamil – rozważny, wrażliwy pianista.
            „Znamy się w sumie krótko, a ja coraz bardziej w to wpadam. Nie mogę na to pozwolić. Ulegam mu, poddaję się jego urokowi. Nie mogę. Zbyt bardzo się uzależniłam, przywiązałam do niego. To nie powinno się zdarzyć.
Nie powinno…”
            Pisałam z nim codziennie – był moją podporą w trudnych chwilach. On jeden wiedział, co się ze mną dzieję. Moja dusza była dla niego otwarta. Nie narzucał mi zmian, a mimo to dzięki niemu rozumiałam, co muszę zmienić, widziałam każdy choćby najmniejszy błąd. Odkryłam, o co w życiu walczę i co jest ważne. Dzięki tej przyjaźni wszystko stało się lepsze…
            On zmienił cały mój świat. Stałam się inna niż dotychczas. Zaczęłam ujawniać swoją opinie i zaciekle jej bronić. Nauczyłam się, że nie mogę nikomu ulegać ani narzucać sobie zdania innych. Muszę walczyć o to, co myślę. Nie kłótnią, nie ciosem za cios, ale argumentami – silnymi i uderzającymi w przeciwnika. Nie podnosząc głosu, mówić spokojnie i z opanowaniem -zbijając ludzi z tropu. Nauczyłam się posługiwać ironią. Bawić się, widząc, że ktoś nie może wyczuć charakteru w jakim coś mówię.
            Pan rozważny był opanowany, nawet w sytuacjach stresowych. Nie unosił się gniewem. Każdy cios znosił z godnością. Nie ranił nikogo, znosząc ból, ranił coraz dotkliwiej siebie. Momentami tego nie rozumiałam, ale w sumie nie dziwiłam się temu, bo często go nie rozumiałam. Był chyba ze sto razy mądrzejszy ode mnie. Szlachetny człowiek, potrafiący obdarzyć uczuciem z jakim nie każdy potrafi sobie poradzić. Przyjaciel idealny, w sumie idealny chłopak. Wyjątkowa osoba…
            Długo myślałam, że nie da mnie się zmienić, ale im dłużej z nim pisałam, tym więcej widziałam zmian  w sobie. Zmian na dobre.
            Kiedyś dużo się bawiłam – imprezy, alkohol, fajki, chłopaki na ilość, złe towarzystwo. Zrozumiałam jak źle postępuje, zmieniłam się na lepsze, co w sumie nie każdemu się spodobało. Było ciężko z tym zerwać, choć w sumie nie lubiłam dyskotek i tego typu miejsc. Używki, puste idiotki, chłopaki bez wartości, muzyka bez znaczenia – bez ważnych słów, bez uczuć. Nie lubiłam tego. Często w takich miejscach siedziałam samotnie w kąciku sali, nie bawiłam się, nie śmiałam, byłam smutna, zdezorientowana, czasem płakałam. Nie znosiłam tych miejsc, a jednak lubiłam tam chodzić – z przyjaciółmi, którzy zostawiali mnie, bo zwyczajnie psułam im zabawę. Oni pili, wygłupiali się, a ja byłam zbyt poważna nawet po alkoholu. Dzięki niemu rzuciłam to miejsce, bezsensowne picie, fajki, autoagresje. Rzuciłam wszystko, co niszczyło mnie psychicznie bądź fizycznie.
            On był poważny, zachowywał rozwagę, był inteligentny ponad miarę. Podobało mi się to. Lubiłam z nim rozmawiać na każdy temat. Miał twarde poglądy. W sumie niepodważalne argumenty. Właśnie dzięki temu nauczyłam się, że należy mieć swoje zdanie, a nie jakieś zapożyczone od mądrych. Wiele osób zdanie kogoś bierze jako swoje. Mimo że go nie rozumie bądź nie popiera. Ale tak jest łatwiej. Poprzeć i mieć święty spokój. On – prawdziwy filozof – zawsze wiedział, co myśli na każdy temat. Był w tym pewny. Ja do tej pory trochę się jeszcze gubię w świecie, moje zdanie choć własne, nie jest jeszcze ukierunkowane.
            On – pan wrażliwy i rozważny, pianista, filozof, przyjaciel … prawdziwy przyjaciel… najlepszy… On jedyny potrafił na mnie wpłynąć. On jedyny widział we mnie coś więcej. Widział moją ukrytą osobowość. Widział mnie, tą prawdziwą…
            „Przyjaciółki” zaczęły mi zarzucać, że upodabniam się do Kamila, ale przecież człowiek tak naprawdę się nie zmienia. Nie w dzień, tydzień, miesiąc, nie rok. Nie w takim stopniu. Skończyła się liryka maski. Zaczynam być swoim alter ego swojej twórczości.
            Szczerość, zaufanie, wsparcie, zrozumienie – to nas zbliżało z każdym kolejnym dniem coraz bardziej. W sumie przyjacielskie spotkania. Moje nawijanie o niczym. Jego milczenie. Obiecywaliśmy sobie przyjaźń na zawsze. Nie było szans na nic więcej, aż do pewnego dnia…
W sumie tak zwyczajnego, a jednak lekko zmieniającego sposób w jaki na niego patrzyłam. Ten dzień…         
IV ROZDZIAŁ
            Mogłabym opisywać bez sensu ten dzień, ale to nie dzień był ważny, ale on… Tego dnia po raz pierwszy w jego obecności, poczułam się tak dziwnie… Bałam się. Byłam cała roztrzęsiona. Całą noc, płakałam. Tak bardzo bałam się, że coś pójdzie nie tak i przyjaźń pryśnie, a tak nie mogło być.
            Kiedy pierwszy raz objęliśmy się na powitanie w sumie nic szczególnego nie poczułam. Ale gdy objął mnie po raz drugi, serce zaczęło mi mocniej bić… Byłam jak sparaliżowana. Nie mogłam nic kompletnie zrobić.
            Każdy mały krok był czymś innym niż dotychczas, czymś nowym, wyjątkowym. Przy nim wszystko było magią.
            Nasz pierwszy pocałunek, dotyk, czułe słowa „kocham”, „na zawsze” wyszeptane cicho i zmysłowo… To nadawało sens. Tęsknota ogarniała mnie po każdym spotkaniu z coraz większą siłą. Lubiłam jego obecność… jego dotyk… jego usta… Kocham wszystko, co z nim związane…
            W sumie mogłabym pisać o tym , co jest między nami w nieskończoność, ale tego nie da się opisać słowami, więc wystarczy powiedzieć, że jest naprawdę cudownie, wspaniale, idealnie…
            I będzie tak już na długo… na zawsze. Na zawsze razem…

środa, 14 września 2011

PROLOG 2

Czy zastanawialiście się kiedyś jak to jest kochać kogoś, kogo nie powinniśmy kochać ? Jak to jest żyć ze świadomością, że nigdy nie będziecie z tą osobą, mimo iż kochacie się ponad wszystko? Ja zawsze uważałam, że przyjaźń nie wyklucza miłości, ale dziś zmieniłam zdanie. Tam gdzie rodzi się miłość, umiera przyjaźń i to jest straszne…
                Czy zastanawialiście się jak to zahamować ? Ale nie uczucie. Jak zahamować zepsucie przyjaźni ? Jak się zabezpieczyć przed straceniem najważniejszej przyjaźni w życiu, rozwijając miłość. Najgorsze jest to, że nie mam bladego pojęcia, jak to zrobić…
                Nie wiem właściwie co piszę, nie myślę nad tym. Piszę po prostu to, co przychodzi mi do głowy, wystukuje literki na klawiaturze laptopa, nie wiedząc, co z tego wyjdzie. Staram się nie pisać nic głupiego i stawiać zdania w miarę logicznie, ale czuję, że mi to nie wychodzi.
                Moje emocje biorą górę. Zastanawialiście się jak to właściwie jest nie panować nad sobą? Jeśli nie, to polecam się zastanowić. Marna egzystencja…  Nawet nie można wybrać, kogo kochać.  Po prostu zakochujemy się i koniec, przepadło. Od tej pory jesteście w sidłach, z których nie ma wyjścia. Świetnie, prawda ? Tak myślałam, że też chcielibyście mieć taki dylemat. Ale ja nie chcę, chętnie bym go wam oddała.
                „Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie?” – Mickiewicz to był jednak mądry, tyle lat temu wiedział już, co będę czuła. Czuł to samo. Poetycka dusza ? Haha. No proszę was, nie porównujmy mnie z Mickiewiczem. Przy jego twórczości, moje wiersze to zero. A zerem być nie chcę. A może tak zacząć pisać pamiętnik ? Właściwie to pierwszym słowem tego dokumentu, zaczęłam go pisać. Tylko jak go nazwać ? Nie, nie chłopaka, komputerowy pamiętnik. Nie ludzie, nie zgłupiałam, tak właśnie robią dziewczyny w książkach, bo pamiętnik to przecież nasz przyjaciel. Nazwę Cię może Dżordż, a więc  Drogi Dżordżu…   
Jest ledwie przed północą, powinnam spać, a w zamian tego myślę. I to nie o przeszłości, jak to zazwyczaj się dzieję. Nie myślę też o tym, co będzie dalej. Myślę o dziś, o tym co jest teraz. Jak mogłam do tego wgl. dopuścić ? Obiecałam sobie, że to się nigdy nie wydarzy, a jednak. Jednak, pozwoliłam na to. A teraz siedzę i po prostu płaczę… To nie powinno się wydarzyć. Jest w chuj źle. Powinnam być w ciężkiej depresji, a mój organizm chcę się śmiać, choć poniósł porażkę na każdym froncie. Jestem bezsilna wobec tego uczucia i to mnie przeraża. Jestem niepewna tego, co dziś poczułam po raz pierwszy. I to właśnie przy nim – owocu zakazanym…
Dżordżu, uratuj mnie…
A teraz idę spać, wybacz. Nie czuję się na siłach, by pisać. Nie Dżordżu, błąd. Nie idę spać, nie zasnę. Ale może się lepiej położę, pisanie pogarsza… Do jutra, kocham Cię Dżordż.
Ps. Właściwie to do dzisiaj. Jest. 00:56.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Four.


3.Słabość.
                Odrzucenie ze strony rodziców, brak wsparcia, nieudolna próba samobójcza, depresja, autoagresja. Brzmi niczym „Pamiętnik zdesperowanej nastolatki, użalającej się nad sobą”, ale to jest właśnie moje życie.
                Cięcie się to najsilniejsze uzależnienie w moim życiu, ale nie jedyne. Był alkohol, papierosy, chłopaki. Wszystko w małym stopniu, ale jednak to było już uzależnienie, na szczęście z tym udało mi się wygrać. Tak przynajmniej myślę teraz. Z cięciem było trudno, nie mogłam pozbyć się tego nałogu, jednak pewna bardzo bliska mi osoba sprawiła, że potrafiłam sobie radzić z chęcią wrócenia do okaleczania się. Bo żeby z tym wygrać potrzebna jest chęć wygrania, silna wola, ale przede wszystkim wsparcie najbliższej nam osoby.
                Najgorsze jest to, że ty wiesz co jest złe, a co dobre. Wiesz, że nie może tak być. A mimo wszystko nadal w to brniesz. Uzależniasz się na własną prośbę. Na własne żądanie. Wiesz, że jeśli teraz nie przestaniesz, z każdym dniem będzie Ci trudniej. Z każdym dniem coraz bardziej będziesz się uzależniał. Wiesz to wszystko, ale mimo to nadal nie reagujesz. Myślisz, że ty jesteś silny. Że Ciebie to wszystko nie dotyczy. Że będziesz mógł przestać, kiedy tylko zechcesz. Ale tak nie jest. Uzależnić można się naprawdę od wszystkiego. I zawsze działa to tak samo. Nie jesteś żadnym wyjątkiem w tym wypadku.
                Nagle dochodzi do Ciebie, że jesteś uzależniony. Od czegokolwiek. Jesteś za młody, nic Ci nie jest w stanie pomóc. Możesz pomóc sobie tylko sam. Komukolwiek byś nie powiedział, nie pomoże. Większość nawet Ci nie uwierzy. Dziecko, które ma „wszystko”, a tu jest uzależnione od czegoś złego? Nie ma takiej opcji. Przecież inni widzą Cię jako ideał szczęścia. Po co miałbyś sięgać po coś tak nierozważnego. No właśnie. W oczach rodziców jesteś okropnym dzieckiem, są z Tobą same problemy, ale mimo wszystko nie pomyślą, że sięgniesz po alkohol, fajki czy cokolwiek podobnie działającego. Inni, ludzie którzy Cię nie znają, widzą Cię jako osobę przykład szczęśliwego dziecka, oni tym bardziej nie wezmą tego pod uwagę. Nikt nie Bierzę Cię poważnie, jesteś traktowany jako dziecko, chociaż nim już nie jesteś już dawno.
                Wiek nigdy nie świadczy o dojrzałości. Czasem osoby, które z pozoru wydają się być dziećmi, są o wiele dojrzalsze niż reszta. Ale tylko przez to ile przeszły. To nie dzięki błędom nabieramy doświadczenia, ale dzięki temu co dzieję się później. Nie każdy uczy się na błędach. Tylko Ci nieliczni wiedzą, po co popełnia się błędy. I tylko nieliczni mogą zrozumieć, co dzieję się później. Co w nas się zmienia. Co się kształtuję. Wydaję się wam, że ja nic o tym nie mogę wiedzieć, ale jednak wiem.
                Tak, popełniłam wiele błędów. Kiedyś to nie miało znaczenia. Popełniałam błędy, żałowałam, a później popełniałam kolejne, niestety wciąż takie same. Ale teraz jest inaczej. Wyciągnęłam wnioski. Zmieniłam się. Nie wiem czy na lepsze czy na gorsze, ale zmieniłam. To dziecko we mnie, nagle zapragnęło dojrzeć. Zapragnęło być inne, a otoczenie ułatwiło jak tylko mogło. Każdy cios wzmacnia. Kiedy wydaję Ci się, że nie masz siły, zaczynasz walczyć. Nie wiecie pewnie o co. Ale ja wam powiem. To jest walka o siebie. O prawdziwe ja, nie to wymyślone przez innych.
                Odbiegłam trochę od tematu, jak zawsze zresztą. Moje myśli nie są uporządkowane. Ciągle odbiegam od tego, co chcę napisać i piszę o czymś innym. Ale jakie to tak naprawdę ma znaczenie. Przecież czytam to tylko ja, nie właściwie ja tylko piszę, później już tego nie czytam, bo po co. Czyta tylko to jedna osoba. Choć może nie powinna, bo to jak kopalnia wiedzy o mnie. O tym jaka jestem. Zawsze bałam się pokazać jaka jestem naprawdę, bo gdy tylko zaczynałam być sobą, nikt nie rozumiał. Tak właśnie zaczęły się moje problemy. Nigdy nie myślałam o tym żeby się napić, przecież wcale mnie to nie kręciło, ale oni, moje towarzystwo imprezowe owszem. Pili, zawsze. Przez jakiś czas udawało mi się nie ulegać, ale w końcu musiałam. Bałam się. Przecież jeśli chciałam być z nimi, musiałam być taka jak oni. Zawsze obiecywałam sobie, że nigdy nie będę palić, że nie spróbuję. To jest najgorsze. Obiecałam sobie to i nie dotrzymałam słowa. Byłam pod wpływem alkoholu, trzymałam fajkę którejś kumpeli, wtedy coś mnie skusiło, zaczęłam ją palić, nieudolnie, krztusząc się dymem. Później zdarzało się to jeszcze kilka razy w naszej paczce i na imprezach. Jak to wszyscy mówią – dla towarzystwa i takie tam. Bez sensu. Całkiem bez sensu, wciągnęłam się to. Byłam zawieszona pomiędzy używkami, a straceniem przyjaciół, poparcia klasy, zabawy w gronie, które wtedy lubiłam. To było najgłupsze, co mogłam zrobić.
Nie niby nie jestem uzależniona, nie ciągnie mnie do tego. Ale ta cząstka uzależnienia już zawsze będzie we mnie. Im wcześniej zaczynasz, tym gorzej kończysz. Nie ciągnie mnie, ale czasem nie potrafię powiedzieć „Nie, nie chcę”. Alkohol potrafiłam rzucić na jakiś czas. Ale kiedy była impreza, powrotem piłam , a później znów mówiłam, że nie będę. Z fajkami było podobnie. Nie paliłam miesiąc, trzy miesiące, pół roku. Odmawiałam zawsze. Ale później znów nadchodził moment, kiedy nie potrafiłam odmówić. Tak to właśnie jest. Wydaję Ci się, że możesz z tym skończyć, ale tak nie jest. I kiedy już wydawało mi się, że nigdy nie sięgnę po papierosa, nadchodziło jakieś załamanie, chwila nerwów i wtedy znów sięgałam do tego, choć nikt nie nalegał. Marny sposób na tłumienie złości. Szczególnie ciężko było, gdy przestawałam się ciąć, wtedy zapalenie było jedynym sposobem na rozładowanie tego, co  opanowywało mój organizm. Tej pierdolonej złości jaka we mnie narastała.
 Ale nadszedł ten moment, kiedy trzeba powiedzieć „To koniec”. Koniec marnowania sobie zdrowia. Koniec bezsensownych nałogów, używek. Nadszedł czas walczyć o siebie. Zaczynamy rejs od początku, tyle że tym razem – to ja trzymam ster. Czasem wydaję mi się, że moje zdrowie już uległo pogorszeniu. Może przez fajki i alkohol, a może nie. Może po prostu psuję się, bo musi. Ewentualnie mogę być hipochondryczką i po prostu to jakieś urojenie. Może to znak, by skończyć z tym, co niszczy zdrowie.
Gdyby to przeczytał ktoś znający mnie, nie wiem co by pomyślał. Pewnie to, co ja czasem myślę. Psychiczna i niedojrzała nastolatka. Nawet osoba nieznająca mnie pomyślałaby tak samo. Ale osoby znające mnie, powinny to wszystko wiedzieć, a okazuję się, że nie wie nikt. To świadczy o tym, że nie ma jeszcze takiej osoby, która jest godna poznania najmroczniejszych historii mojego życia. Tak, znów zaczynam bredzić. Zdarza mi się to czasem. Może nawet coraz częściej. Zupełnie nie nadaję się do pisania, ale piszę. Może nawet kiedyś komuś to pokażę, a jak na razie wysyłam mu link, żeby przeczytał. Odkrywam przed nim coś, czego nie powinien wiedzieć. Ale wie. On też to czuję. Odkrywa się przede mną. Nie wiem, może to pewnego rodzaju zaufanie sobie. Choć może tego zaufania być nie powinno z żadnej z stron tej znajomości.
                Owszem, uzależnieniom nie ulegają tylko słabi, silni także im ulegają. Ulegają w momencie, kiedy po prostu zwyczajnie nie mają już siły. No więc ulega każdy. Ale tylko silni potrafią z tym walczyć… Skutecznie walczyć...

wtorek, 16 sierpnia 2011

Three.


2.Paniczne poszukiwania miłości
               
Później zaczęło się szukanie wsparcia u innych. Być może niepotrzebnie. Ale skoro nie miałam wsparcia u rodziców, a to przyjaciół już mi nie wystarczało, zaczęłam szukać panicznie i na oślep miłości i choć wiele razy wydawało mi się, że tym razem ją znalazłam, dopiero teraz zaczynam rozumieć znaczenie tego słowa.
                Tak to w życiu bywa. Kiedy czegoś nam brakuje, zaczynamy tego szukać. Choć niekoniecznie tego właśnie nam brakuje. Wsparcie potrafiłam znaleźć w każdym chłopaku. Z jednym to było tylko pisanie, pewnego rodzaju „przyjaźń”, jeśli tak to można nazwać. Z innymi były to zwykłe rozmowy o niczym, ale zdarzało się, że nawet ta bezsensowna czułość z kimś, kogo właściwie nie znam, stawała się tym, co zaspokajało ból w moim sercu.
Dopiero teraz zaczynam rozumieć jak wielki błąd popełniłam w swoim życiu. Bo dopiero, gdy znajdzie się tą właściwą osobę, czułość, dotyk i bliskość nabierają znaczenia. Znaczenia, którego nie da się opisać słowami. Bo to pewnego rodzaju magia. Ale nie o tym chciałam pisać. O magii miłości będzie później.
Jeszcze przed incydentem z tabletkami było w moim życiu ich już dwóch. Kilka nieznaczących spotkań. Byłam jak nieoswojone dziecko. Żeby móc spokojnie się dać przytulić, musiałam walczyć ze swoimi barierami, których jak mi się wtedy wydawało, nie da się całkiem pokonać. Dopiero później, trzy miesiące po tym głupim zdarzeniu, znalazł się on. Nieodpowiedni chłopak , do którego jak mała dziewczynka leciałam każdego dnia. Można by powiedzieć, że to była chwila zamglenia. Zwykły chłopak bez niczego w sobie. Powiedziałabym teraz, że kompletne dno. Fajki, alkohol, dopalacze, trawka. Tylko to go interesowało. Pewnego dnia się pokłóciliśmy, jak można się domyślić łatwo, poszło o jego uzależnienia, tym razem o dopalacze. Nie mogłam znieść, kiedy moich trzech kumpli       i on zaczęli to palić. Zabrałam im chyba z trzy dawki tego świństwa, a później w złości rzuciłam mu to prosto w twarz i powiedziałam że może nawet zajarać się tym na śmierć. Tak jak przypuszczałam, później wypalił wszystko. A ja znalazłam pocieszenie u jego kumpla. Jednorazowy wyskok, którego do tej pory nie mogę sobie wybaczyć. Niby tylko kilka pocałunków, ale jednak coś, co na mnie wpłynęło. Łatwo można byłoby zgonić na to, że ja byłam po alkoholu, a on po dopalaczach, ale zwalanie tego na cokolwiek byłoby bez sensu. Obydwoje dobrze wiedzieliśmy, co robimy. Nie byliśmy całkiem pozbawieni myślenia. Następnego dnia zwyczajne udawaliśmy, że nic się nie stało. Tak, można łatwo pomyśleć, że jestem kompletną idiotką, bo fakt – jestem. Kilka dni później zadzwoniłam do tego ćpuna i zakończyłam naszą znajomość. To było jedyne, co mogłam zrobić. To nie miało szans przetrwać. Po pierwsze fakt, że nie odpowiadało mi to, co robi, jaki jest. Po drugie brak perspektyw na przyszłość w jego ramionach, bo co może osiągnąć zwykły ćpun, palacz czy alkoholik ? No właśnie nic. Tym bardziej taki niereformowalny. Po trzecie – odległość 200 km. Wiadomo, że ani on by nie był wierny, ani ja. Potrzebowałam kogoś przy sobie, a nie kogoś z kim można pogadać tylko przez telefon i to jeszcze niewiadomo czy będzie się dało gadać, bo jak zwykle może być zjarany. Nie ufałam mu. Sobie też nie. Te kilka incydentów nie miało tak naprawdę znaczenia. No może poza jednym, ale aspekt mojej psychiki w tym momencie pominę.
Później zaczęła się szkoła, a ja jak głupia zaczęłam myśleć o pewnym chłopaku. Właściwie zaczęłam myśleć o nim już wcześniej, na kilka miesięcy przed wakacjami. Zobaczyłam go przez przypadek. Zwyczajne pomylenie go z innym chłopakiem. Po kilku dniach dopiero ktoś mi powiedział, że to nie była osoba, którą chciałam zobaczyć tylko chłopak o klasę niżej ode mnie. Zaskoczona byłam. Nie powiem, że nie. Miał w sobie coś. Nie wiem do tej pory kompletnie co. Pisałam z nim, chyba z pół roku. Zwykłe, nic nie znaczące pisanie . Mogę nawet powiedzieć z lekkim sumieniem, że traktowałam to pisanie jako takie typowo koleżeńskie, może nawet przyjacielskie. Niestety moje szczęście nie mogło trwać wiecznie, moje koleżanki z miłości do mnie, musiały to zniszczyć. Mówiłam o nim coraz więcej. To by i tak nie miało sensu. Ani z mojej strony ani z jego. Może nawet dobrze, że tak to się skończyło. Choć przeżyłabym to mniej, gdybym wiedziała. Gdyby moje przyjaciółeczki raczyły mnie poinformować, że zakończyły to za mnie, albo gdyby on po prostu to zakończył inaczej. Zwykłym „Nie pisz do mnie” czy czymkolwiek. Ale on wolał po prostu nie pisać nic. Dwa miesiące depresji. Silnej, cały czas rozpaczałam. Nie wiem nawet po czym i dlaczego. Bo przecież to był ktoś zupełnie nie ważny. Ale jednak , stało się. Wtedy po raz pierwszy o tym pomyślałam. Nie wiem jak na to wpadłam. Co mnie do tego skłoniło. Siedziałam przy biurku i obierałam kiwi – tępym, plastikowym nożem. Powiedziałby ktoś  - czy ta dziewczyna oszalała? Tak, wtedy byłam zupełnie pozbawiona myślenia. Jakiś impuls podsunął mi to. Jedno cięcie, które wymagało dużo siły. Niestety plastikowy nóż jest tak tępy, że do zrobienia jednej cienkiej kreski, z której popłynie krew, trzeba zrobić mnóstwo cięć w jednym miejscu. Ale udało się. Jedno naprawdę malutkie cięcie. Troszkę krwi. Później w szale podrapana ręka. Ból, okropny ból. I euforia. Euforia, która dawała siłę. Położyłam się i napawałam się bólem. Nie mogłam uwierzyć, to naprawdę działa. Autoagresja daje szczęście. Wreszcie zrozumiałam osoby piszące w sieci jak bardzo im to pomaga. Mi też pomogło.
Ten pierwszy raz był tak silnym doznaniem, że następnego dnia zrobiłam to samo. Był wieczór. Siedziałam jak zwykle przy biurku. Z  szufladki wyciągnęłam ten sam plastikowy nóż. Przycisnęłam go do nadgarstka i przejechałam po skórze. Od razu zrobiła się czerwona. Jeszcze kilka razy, trochę obdrapana ręka. Ale to nie wystarczyło, nie było krwi. Wzięłam jeszcze raz nóż i przyłożyłam go do ręki, przycisnęłam najmocniej jak tylko mogłam. Odbiły się ząbki, skóra była czerwona. Wtedy dopiero zaczęłam właściwy rytuał. Kilka minut, kilka przyciśnięć noża, kilka prób nacięcia skóry. Udało się. Widok krwi napełnił mnie siłą. Po chwili napłynęła euforia, tak samo silna jak poprzedniego dnia. To samo uczucie bólu. Ból napełniał cały mój organizm, zalewał mnie coraz mocniej. Jak gdyby nigdy nic, zgasiłam lampkę i się położyłam. Przez pół nocy nie mogłam spać, każde dotknięcie nadgarstkiem o cokolwiek, wywoływało kolejną falę bólu. Męczyłam się, ale podobało mi się to. Zasnęłam całkiem spokojna z poczuciem spełnienia. Tak, cięcie się przez jakiś czas było jak moja misja, rutynowa czynność.
Wiadomo, depresja po jakimś czasie osłabła. Jak to wszyscy mówią – klina klinem. Znalazł się kolejny chłopak. Całe dnie pisania na gadu, kilka rozmów w szkole jakoś po lekcjach. Złą stroną był fakt, że to najlepszy kumpel chłopaka, który doprowadził mnie do tego stanu psychicznego. Na początku nie ufałam mu choćby w najmniejszym stopniu. Ale później jakoś się to zmieniło. Na szczęście jego kumpel leżał w domu z nogą w gipsie. Spokojnie rozmawialiśmy w szkole. Później całe dnie pisaliśmy. Zapominałam o lekcjach do odrobienia, o zadaniach domowych, które obiecałam wykonać. Kompletnie o wszystkim. Na każdej dodatkowej lekcji angielskiego, myślałam tylko o tym , żeby już wyjść. Ale zaczęłam nadrabiać braki jakie miałam w swojej wiedzy, mimo tego, że uczyłam się tylko nocami. Słabe oceny, które załapałam wcześniej, teraz systematycznie poprawiałam. Nie wiem ile trwała nasza „znajomość”. Może trochę ponad miesiąc. W ciągu tego miesiąca miałam nieustannie dobry humor. Kompletnie nic nie zapowiadało końca tego szczęścia. Ale wiadomo. To, co piękne ma w zwyczaju szybko się kończyć. Damian przestał się do mnie odzywać dzień po powrocie tamtego Gipsiaka do szkoły. Nie mogłam zrozumieć dlaczego. Ale tak właśnie się stało. Co dziwne utraty tej znajomości nie przeżyłam nawet w najmniejszym stopniu. Może dlatego, że po prostu wiedziałam, że tak to się skończy. Od początku. Powtarzałam dziewczynom, że tak będzie, ale one zawsze mówiły, że wpadam w paranoję. Jednak nie wpadałam. Realistyczne patrzenie w przyszłość. Tak bym to nazwała.
Ale jak to u mnie bywa, zamiast dać sobie spokój, pojawił się kolejny chłopak. Z pozoru świetny. Przy pierwszym spotkaniu zyskał ogromny plus. Przy kilku kolejnych w szkole też. Niestety przy bliskim poznaniu okazał się kompletnym idiotom. Więc jak to bywa, szybko się skończyło moje szczęście. Ponad miesiąc znajomości. A potem płacz. Krótki. I znów historia zatacza koło. Klina klinem? Mam nadzieję, że po raz ostatni.
W międzyczasie były imprezy, a jak to na imprezach bywa – pija się alkohol. I choć myślisz logicznie to i tak jakoś nie protestujesz, kiedy ładny chłopak próbuję Cię udusić swoim językiem. Tu też były wyrzuty sumienia. Popełniasz błędy, masz wyrzuty sumienia, wiesz, że robisz źle, a jednak nadal to robisz. Do czasu gdy pewnych spraw nie zrozumiesz do końca, albo do czasu gdy poznasz kogoś, kto Cię zmienia…
A jak to było później z cięciem ? Kilka razy przez rodziców, kilka razy tak po prostu. I za każdym razem wyrzuty sumienia. Bo tak to z cięciem jest. Masz problem, robisz to, masz wyrzuty sumienia, a później znów to robisz. Błędne koło, z którego bardzo ciężko wyjść… Szczególnie kiedy zupełnie nie masz ochoty tego kończyć…

niedziela, 14 sierpnia 2011

Two.


1.Felerny majowy dzień

To zaczęło się pewnego pięknego i majowego dnia. Nic tego nie zapowiadało. Nie było ostrzeżenia, że tego dnia zmieni się we mnie wszystko. Gdybym wiedziała jak bardzo ta jedna decyzja, jedno wydarzenie, na mnie wpłynie – pewnie nigdy bym tego nie zrobiła. To był głupi, szczeniacki wybryk. Pokazówka rodzicom, czego to ich dziecko nie jest w stanie zrobić. „Mamusiu, Tatusiu, wasza córeczka jest w stanie się zabić, jeśli nie zmienicie do niej nastawienia, jeśli do cholery nie zaczniecie jej kochać”. Teraz rozumiem jak bardzo to było głupie. Jedna mała chwila pod nieobecność rodziców. Jeden impuls. Garść tabletek. I wizja bezbolesnego zaśnięcia. Odejścia ze świata, który nas nie potrzebuje. Gdybym wiedziała, że mi nie wyjdzie, że przeżyję, nie próbowałabym. Byłam pewna, że się uda, ale się nie udało. Tabletki widocznie były zbyt słabe. Zresztą co to jest te 30 tabletek. A może by działały, gdyby nie wcześniejszy powrót rodziców. Mama weszła do pokoju, zobaczyła mnie leżącą na kanapie, trzęsącą się, wykończoną psychicznie i fizycznie. Ból po uderzeniu przez mamę rozsadzał moją psychikę, chciałam zginąć, upokorzenie było zbyt silne, a teraz nagle ona wchodzi, jak gdyby nigdy nic, wrócili wcześniej. Widocznie tak musiało być. Wrócili by mnie uratować. Moje listy pożegnalne schowane głęboko, mogłam wyrzucić, nie przydały się. Może szkoda, że się nie przydały, było w nich wszystko, co czuję, cały mój żal. Ale wróćmy do wejścia mamy. Leżałam, czując się coraz gorzej, miałam nadzieję, że po tej dłuższej chwili złego samopoczucia nadejdzie śmierć. Leżałam tak godzinę, ale śmierć, w której miałam takie nadzieje, nie nadeszła. Zamiast tego przyszła mama. Widząc mnie, przestraszyła się. Widziałam to w jej oczach, mimo tego iż bezwiednie powoli się zamykały.
-Idiotko jedna, coś ty narobiła ?
-Nic wielkiego mamo, chcę umrzeć…
-Ile tego wzięłaś?
-Nie wiem, może z 30, może więcej, nie liczyłam dokładnie.
-Wzywam pogotowie.!
-Nie, nie możesz.
-To raz do łazienki, masz to zwymiotować.
-Ale nie potrafię.
-Albo to albo pogotowie. W szpitalu zrobią Ci płukanie żołądka.

No więc musiałam. Stała nade mną prawie godzinę, a ja wymiotowałam. Nie miałam już siły. Wydawałoby się, że po takim wydarzeniu, nastawienie rodziców się zmieni, ale nie zmieniło się.
                Następnego dnia jak gdyby nigdy nic, życie wróciło do normy. Rodzice jakby nie pamiętali tego, co chciałam zrobić. Nie pytali nawet dlaczego. Tak jakby uznali, że to normalne dla nastolatek zachowanie. 15 – latka, która chcę się zabić, normalka dosłownie. Codzienność, prawda ? No bynajmniej dla nich to było normalne. A dla mnie ? Mi na początku żyło się ciężko, świadomość, że chciałam przez chwilę stracić życie, odbierała mi radość. Chodziłam przygnębiona, ale nikomu nie mówiłam, przynajmniej od razu. Powiedziałam tylko Oli, tak jakbym miała do niej pełne zaufanie. Nikt inny nie wiedział, ale nadszedł taki moment, chyba z miesiąc po tym zdarzeniu, że powiedziałam kilku innym osobom. Większość była zdziwiona. Nie spodziewali się tego po mnie. Wydawałoby się, że jestem szczęśliwa. Grupa oddanych przyjaciółek, duże grono znajomych, dobre oceny, poparcie nauczycieli, ładny dom, z pozoru szczęśliwa rodzinka, własny pokój, czegóż chcieć więcej ? No tak, tylko ja byłam w stanie to zrozumieć. Pragnęłam z całych sił miłości. Nawet jeśli nie od mamy i taty to chociaż od kogokolwiek.   
                Jak to wydarzenie bezpośrednio wpłynęło na mój obecny stan psychiczny ? Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia. Ale musiało wpłynąć, bo od tamtego dnia, nic nie jest takie samo. Nic… To wydarzenie spowodowało, że zaczęłam myśleć o sobie inaczej. Wydawałoby się, że w takim zdarzeniu nie ma pozytywów, otóż są. Dzięki temu każde uczucie przeżywam sto razy mocniej. Może w chwilach załamania, to przeszkadza, ale gdy przeżywam radość, przeżywam ją naprawdę mocno. Wręcz intensywnie.
                Z perspektywy czasu uważam, że to nie była odwaga, to była słabość. Cholerna słabość. Całkiem nieudany bunt. Ale przeciw czemu bunt ? Przeciw rodzicom ? Przeciw życiu? Czy może jednak przeciw sobie ? Bo próba samobójcza, nawet ta nieudana, to okazanie słabości, kruchości, słabych emocji, braku siły. Samobójca, nawet nieudolny, to tchórz. A bycie tchórzem nie przystoi. Nie przystoi nawet nastolatce z całkiem chwiejnymi nastrojami. Emocjonalnej nastolatce, które nie potrafi zapanować nad własnym życiem. Bo taka właśnie byłam od zawsze – słaba, krucha, nadwrażliwa, delikatna. Nie potrafiłam być inna i chyba nigdy nie chciałam. Każdy najmniejszy choćby smutek kończył się morzem wylanych łez i kolejną zadrą w sercu. Mój mózg naszpikowany jest coraz bardziej smutkiem. Ale gdy jestem szczęśliwa, czuję to całą sobą.
                Nie potrafię pisać o czymś, co było tak dawno, choć pamiętam każdy najmniejszy szczegół. Nie potrafię pisać o emocjach, choć jest we mnie ich pełno. Nie potrafię pisać o sobie, bo wydaję mi się, że wszystko co napiszę, jest całkiem banalne. Więc po co piszę ? Chyba z nudów. A może piszę, bo chcę dowiedzieć się czegoś o sobie. Chcę dowiedzieć się jaka jestem naprawdę, bez znajomych, bez nacisku innych, jaka jestem prawdziwa ja. Piszę to tak jakbym pisała to dla kogoś i do kogoś, a tak naprawdę piszę to tylko dla siebie, tak żeby zaszufladkować i przeczytać kiedyś, przypomnieć sobie jaka byłam. Żeby zobaczyć, co we mnie się zmieniło.             
                Czasem wydaję mi się, że gdyby to zdarzenie nigdy nie miało miejsca, byłabym inna. Ale tego już nigdy się nie dowiem. Nie dowiem się jaka byłabym bez tej świadomości, że był taki moment, że moje życie naprawdę nie miało sensu. Bo choć niewiele się zmieniło, teraz ma sens. W tym momencie bynajmniej mam po co i dla kogo żyć. Zastanawia mnie czy gdybym nigdy nie próbowała tego zrobić, czy miałabym później kiedykolwiek depresję, bo życia przed tym faktem, nie mogę sobie przypomnieć. Widzę wcześniejsze dni, miesiące, lata, jakby przez mgłę. Mgłę, przez którą nie mogę się przedostać.
                Jeśli kiedykolwiek będziesz próbował to zrobić, nie rób tego, zastanów się czy warto ? Życie po czymś takim nie jest takie samo. Nie wraca do normy. Choćbyś był szczęśliwy, ślad w psychice zostaje. Gołym okiem niewidzialna rysa, która osłabia Ciebie, wysysa z Ciebie duszę taką jaką była kiedyś. Nic nie wraca do swojej postaci. Wszystko jest inne. Nowe. Poznajesz siebie od nowa, tworzysz swój słaby charakter, który wbrew pozorom, nigdy nie będzie silny. Pozostanie już na zawsze słaby. A mógł być silny, gdybyś tylko chciał. Gdybyś nie chował głowy w piasek tylko walczył. Walczył o szczęście, o pasję, o marzenia, o cokolwiek, co nada sens Twojemu życia. Nie przekreślaj tego, co do tej pory przeżyłeś. Odkreśl to grubą linią i powiedz sobie, że teraz zaczynasz wszystko od nowa. Ale nie próbuj niszczyć, nie próbuj ginąć. To nie jest konieczne.
                A co było dalej, kiedy już stchórzyłam ? Dalej okazywałam już coraz więcej słabości… Słabość goni słabość… 

wtorek, 9 sierpnia 2011

One.

PROLOG

                Czy zastanawialiście się jak to jest, kiedy w życiu nie spotyka nas nic miłego? Kiedy nawet rodzice są Twoimi wrogami ? Czy myśleliście o tym jak to jest stoczyć się na samo dno ? Jak to jest doprowadzić siebie do ruiny psychicznej ? Jak to jest budzić się ze świadomością, że nadal musicie żyć, choć wcale tego nie chcecie ? Jak to jest mieć nałóg, z którym nie można skończyć ? Gdyby chociaż była na to metoda, jakaś pomoc od innych, odwyk, cokolwiek...Czy mieliście świadomość, że nikt nie jest wam w stanie pomóc? Ja tak właśnie się czuję. Mimo posiadania przyjaciół, czuję się samotna. Dla rodziców stanowię tylko problem. Mój kontakt ze światem coraz bardziej ogranicza się do świata wirtualnego. Do samotności. Do pokoju pełnego "zabawek", którymi można się pociąć. Pełnego muzyki. Pełnego mnie. Bo to mój własny świat. Świat, do którego nikt nie ma wstępu...
                Mój pokój nie jest nawet ładny. Ściany niedawno malowane są w większości już brudne i obdrapane. Tu narysowany jakiś kwiatek, tam baletnica, tu odbite ręce, przyklejone płyty CD, tam zdjęcie czy jakiś napis. Nic szczególnego, powiedziałabym, że mój pokój jest dość nieudolnie "udekorowany". Nie jest ani trochę ładny, może nawet jest brzydki, ale nie ważne. Liczy się tylko to, że jest mój. Wszystko w nim robię sama, to czyni go jeszcze bardziej moim. Nie ma w nim porządku, panuje tu bałagan i chaos, ale lubię to. Spędzam w nim całe dni, wieczory. Mogę robić cokolwiek, byleby z niego za często nie wychodzić. Tylko tu jestem bezpieczna...
                Nie wiem ,co robię w tym świecie. Mam niby jakiś tam przyjaciół, rodzinę, dom. Ale to nie wystarczy by żyć... To jest istnienie, nie życie... Niby nie jestem sama, ale mimo to jestem samotna...
                Nie wiem dzięki czemu jeszcze żyję, co mnie tu trzyma, na tym świecie pełnym nienawiści i zła. Nie, to nie świat tak naprawdę jest zły – to ludzie są tacy. Zastanawialiście kiedyś się nad tym jacy teraz są ludzie ? Tak, żądni zemsty, zawistni, źli i pełni nienawiści. Nienawiść nie prowadzi do niczego dobrego, nigdy. Ale jeszcze gorzej jest, gdy nienawidzisz siebie. Spoglądasz w lustro, ale nie możesz na nie patrzeć. Narcyzm zdecydowanie często występuje w XXI w., ale Tobie to nie grozi, nie możesz na siebie patrzeć, czujesz do siebie nienawiść, niemalże wstręt i odrazę . Widzisz jak bardzo jesteś zły, bo przecież inny niż wszyscy. A teraz inność nie jest dopuszczalna. Musisz być tacy jak wszyscy. Chwilę myślisz o tym, jak wtopić się w tłum. Ale nie. Ty nie chcesz być inny, niż jesteś. Możesz siebie nienawidzić, ale nie zmienisz się dla ludzi, nie warto. Oni i tak Ciebie nie zauważają. Dla nich to ty jesteś szary. Oni są kolorowi, choć są tylko marnymi kopiami. Ty nigdy nie będziesz taki. Zdajesz sobie z tego znakomicie sprawę. Zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie będziesz częścią żadnej społeczności.
                Choć chwila. Nie. Stop. Totalne brednie. Przecież jesteś częścią społeczności, choćby rodziny. Nie ważne, że dla rodziny jesteś nikim. Jesteś jej częścią, nic tego nie zmieni. A szkoła, klasa? Tego też jesteś częścią, choć często jakby zbędną. No to może jakiejś grupy, nie wiem, może tanecznej? Nie, zapomnij o tym. Dla tych ludzi też nie jesteś ważny. Tylko czekają, aż się potkniesz. Mniejsza konkurencja. Więc po co jesteśmy częścią czegoś do czego nie pasujemy ? Bezsens. Tak to właśnie jest w życiu. Paradoks goni paradoks.
                Życie to teatr, czy kiedykolwiek się nad tym zastanawialiście ? A może to znów tylko moje odczucie ? Sama już nie wiem. XXI w. to dla mnie jakaś bezsensowna sztuka. Wszystko takie sztuczne. Emocje. Czy kiedykolwiek są prawdziwe? A uczucia ? Przecież od razu widać, że połowa z nich jest powierzchowna, bo rodzą się z chęci posiadania. Ale tak nie jest, nigdy nie będzie. Nigdy nie będziecie posiadać drugiej osoby na wyłączność. Bo ona jest wolna. I to nie jest głupi status na facebooku, to prawdziwa wolność, rozumiesz ? Ta osoba, ona może odejść kiedy tylko zechcę. Dzisiaj jest, a jutro jej nie będzie. Gra aktorska naprawdę jest marna. To jakaś komedia, a nie prawdziwa i piękna sztuka. Ale może jednak jest coś prawdziwego w tej sztuce ? Może choćby jeden człowiek na sto nie gra ? Może ten jeden człowiek, może on właśnie kocha. Może kocha nie za coś, lecz pomimo wszystko. Może on budzi się i wie, że za tą osobę oddał by swoje życie ? Może nie chcę jej posiadać, chcę by po prostu była przy  nim ? Nie, to chyba jednak absurdalne. Przecież ludzie to materialiści. Liczą się pieniądze. A miłość ? Czy nie to powinno być najważniejsze ? Przecież pieniądze nie dają tak naprawdę szczęścia, choć dużo ułatwiają. Czy miłość jest dla nas ważna ? Czy kiedykolwiek była ? Człowieku zapamiętaj sobie, że tylko prawdziwe uczucia się liczą, nic więcej. Nie myśl o niczym, po prostu pokochaj ludzi, takimi jacy są. Nawet jeśli to totalni idioci, egoiści. Bez uczuć nie żyjesz, jedynie istniejesz.
                A marzenia ? Czy one też są ważne ? Nie wiem, na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Ja nie mam marzeń, może tylko jedno. Chcę by mój świat się zmienił. Na lepsze. Nie mogę cofnąć czasu, ale mogę stać się inna. Dobra. Dla siebie. Dla świata. Dla innych.
                Czasem chciałabym być sama, żyć tylko dla siebie. Inni ludzie niesamowicie nas ranią. Dlaczego ? Dlaczego oni to robią ? Tak bliscy nam ludzie. Oni psują nam psychikę, a może nie? Może to my na nią działamy destrukcyjnie ? Przecież sami wpadamy w tą pułapkę bez wyjścia. Sami stajemy się źli. Jestem czasem tak bardzo samotna, że nawet ściana wydaję mi się bardziej wrażliwa niż ludzie. Nawet żyletka staję się bardziej czuła. Ona kocha Twoją krew. Wysysa z Ciebie siłę do walki, poddajesz się. Staję się sensem Twojego życia. Tak nie powinno być. Ale to nie od razu się przecież zaczęło. Najpierw byliśmy małymi dzieciakami, niczego nieświadomymi, bez poglądów. Ale dzieciństwo kształtuję naszą psychikę. Ja niekochana przez rodziców, a może nawet i kochana. Skąd mam wiedzieć skoro nigdy tego nie okazywali? No więc ja, to malutkie samotne dziecko jeszcze nie wydoroślałam. Ale mój proces autodestrukcji zaczął się. Odliczamy do dnia, kiedy życie się skończy, Kiedy po prostu zniknę. Moja dusza odejdzie.
 Ale ten proces destrukcji ma długą historię. Choć wydaję mi się, że zaczął się tak niedawno, jednym zwykłym zdarzeniem... Ono wszystko zmieniło… Zmieniło mnie… A potem pociągnęło cały szereg zdarzeń, które wpływały na moją psychikę, ale jak to się właściwie zaczęło ? …