2.Paniczne poszukiwania miłości
Później zaczęło się szukanie wsparcia u innych. Być może niepotrzebnie. Ale skoro nie miałam wsparcia u rodziców, a to przyjaciół już mi nie wystarczało, zaczęłam szukać panicznie i na oślep miłości i choć wiele razy wydawało mi się, że tym razem ją znalazłam, dopiero teraz zaczynam rozumieć znaczenie tego słowa.
Tak to w życiu bywa. Kiedy czegoś nam brakuje, zaczynamy tego szukać. Choć niekoniecznie tego właśnie nam brakuje. Wsparcie potrafiłam znaleźć w każdym chłopaku. Z jednym to było tylko pisanie, pewnego rodzaju „przyjaźń”, jeśli tak to można nazwać. Z innymi były to zwykłe rozmowy o niczym, ale zdarzało się, że nawet ta bezsensowna czułość z kimś, kogo właściwie nie znam, stawała się tym, co zaspokajało ból w moim sercu.
Dopiero teraz zaczynam rozumieć jak wielki błąd popełniłam w swoim życiu. Bo dopiero, gdy znajdzie się tą właściwą osobę, czułość, dotyk i bliskość nabierają znaczenia. Znaczenia, którego nie da się opisać słowami. Bo to pewnego rodzaju magia. Ale nie o tym chciałam pisać. O magii miłości będzie później.
Jeszcze przed incydentem z tabletkami było w moim życiu ich już dwóch. Kilka nieznaczących spotkań. Byłam jak nieoswojone dziecko. Żeby móc spokojnie się dać przytulić, musiałam walczyć ze swoimi barierami, których jak mi się wtedy wydawało, nie da się całkiem pokonać. Dopiero później, trzy miesiące po tym głupim zdarzeniu, znalazł się on. Nieodpowiedni chłopak , do którego jak mała dziewczynka leciałam każdego dnia. Można by powiedzieć, że to była chwila zamglenia. Zwykły chłopak bez niczego w sobie. Powiedziałabym teraz, że kompletne dno. Fajki, alkohol, dopalacze, trawka. Tylko to go interesowało. Pewnego dnia się pokłóciliśmy, jak można się domyślić łatwo, poszło o jego uzależnienia, tym razem o dopalacze. Nie mogłam znieść, kiedy moich trzech kumpli i on zaczęli to palić. Zabrałam im chyba z trzy dawki tego świństwa, a później w złości rzuciłam mu to prosto w twarz i powiedziałam że może nawet zajarać się tym na śmierć. Tak jak przypuszczałam, później wypalił wszystko. A ja znalazłam pocieszenie u jego kumpla. Jednorazowy wyskok, którego do tej pory nie mogę sobie wybaczyć. Niby tylko kilka pocałunków, ale jednak coś, co na mnie wpłynęło. Łatwo można byłoby zgonić na to, że ja byłam po alkoholu, a on po dopalaczach, ale zwalanie tego na cokolwiek byłoby bez sensu. Obydwoje dobrze wiedzieliśmy, co robimy. Nie byliśmy całkiem pozbawieni myślenia. Następnego dnia zwyczajne udawaliśmy, że nic się nie stało. Tak, można łatwo pomyśleć, że jestem kompletną idiotką, bo fakt – jestem. Kilka dni później zadzwoniłam do tego ćpuna i zakończyłam naszą znajomość. To było jedyne, co mogłam zrobić. To nie miało szans przetrwać. Po pierwsze fakt, że nie odpowiadało mi to, co robi, jaki jest. Po drugie brak perspektyw na przyszłość w jego ramionach, bo co może osiągnąć zwykły ćpun, palacz czy alkoholik ? No właśnie nic. Tym bardziej taki niereformowalny. Po trzecie – odległość 200 km. Wiadomo, że ani on by nie był wierny, ani ja. Potrzebowałam kogoś przy sobie, a nie kogoś z kim można pogadać tylko przez telefon i to jeszcze niewiadomo czy będzie się dało gadać, bo jak zwykle może być zjarany. Nie ufałam mu. Sobie też nie. Te kilka incydentów nie miało tak naprawdę znaczenia. No może poza jednym, ale aspekt mojej psychiki w tym momencie pominę.
Później zaczęła się szkoła, a ja jak głupia zaczęłam myśleć o pewnym chłopaku. Właściwie zaczęłam myśleć o nim już wcześniej, na kilka miesięcy przed wakacjami. Zobaczyłam go przez przypadek. Zwyczajne pomylenie go z innym chłopakiem. Po kilku dniach dopiero ktoś mi powiedział, że to nie była osoba, którą chciałam zobaczyć tylko chłopak o klasę niżej ode mnie. Zaskoczona byłam. Nie powiem, że nie. Miał w sobie coś. Nie wiem do tej pory kompletnie co. Pisałam z nim, chyba z pół roku. Zwykłe, nic nie znaczące pisanie . Mogę nawet powiedzieć z lekkim sumieniem, że traktowałam to pisanie jako takie typowo koleżeńskie, może nawet przyjacielskie. Niestety moje szczęście nie mogło trwać wiecznie, moje koleżanki z miłości do mnie, musiały to zniszczyć. Mówiłam o nim coraz więcej. To by i tak nie miało sensu. Ani z mojej strony ani z jego. Może nawet dobrze, że tak to się skończyło. Choć przeżyłabym to mniej, gdybym wiedziała. Gdyby moje przyjaciółeczki raczyły mnie poinformować, że zakończyły to za mnie, albo gdyby on po prostu to zakończył inaczej. Zwykłym „Nie pisz do mnie” czy czymkolwiek. Ale on wolał po prostu nie pisać nic. Dwa miesiące depresji. Silnej, cały czas rozpaczałam. Nie wiem nawet po czym i dlaczego. Bo przecież to był ktoś zupełnie nie ważny. Ale jednak , stało się. Wtedy po raz pierwszy o tym pomyślałam. Nie wiem jak na to wpadłam. Co mnie do tego skłoniło. Siedziałam przy biurku i obierałam kiwi – tępym, plastikowym nożem. Powiedziałby ktoś - czy ta dziewczyna oszalała? Tak, wtedy byłam zupełnie pozbawiona myślenia. Jakiś impuls podsunął mi to. Jedno cięcie, które wymagało dużo siły. Niestety plastikowy nóż jest tak tępy, że do zrobienia jednej cienkiej kreski, z której popłynie krew, trzeba zrobić mnóstwo cięć w jednym miejscu. Ale udało się. Jedno naprawdę malutkie cięcie. Troszkę krwi. Później w szale podrapana ręka. Ból, okropny ból. I euforia. Euforia, która dawała siłę. Położyłam się i napawałam się bólem. Nie mogłam uwierzyć, to naprawdę działa. Autoagresja daje szczęście. Wreszcie zrozumiałam osoby piszące w sieci jak bardzo im to pomaga. Mi też pomogło.
Ten pierwszy raz był tak silnym doznaniem, że następnego dnia zrobiłam to samo. Był wieczór. Siedziałam jak zwykle przy biurku. Z szufladki wyciągnęłam ten sam plastikowy nóż. Przycisnęłam go do nadgarstka i przejechałam po skórze. Od razu zrobiła się czerwona. Jeszcze kilka razy, trochę obdrapana ręka. Ale to nie wystarczyło, nie było krwi. Wzięłam jeszcze raz nóż i przyłożyłam go do ręki, przycisnęłam najmocniej jak tylko mogłam. Odbiły się ząbki, skóra była czerwona. Wtedy dopiero zaczęłam właściwy rytuał. Kilka minut, kilka przyciśnięć noża, kilka prób nacięcia skóry. Udało się. Widok krwi napełnił mnie siłą. Po chwili napłynęła euforia, tak samo silna jak poprzedniego dnia. To samo uczucie bólu. Ból napełniał cały mój organizm, zalewał mnie coraz mocniej. Jak gdyby nigdy nic, zgasiłam lampkę i się położyłam. Przez pół nocy nie mogłam spać, każde dotknięcie nadgarstkiem o cokolwiek, wywoływało kolejną falę bólu. Męczyłam się, ale podobało mi się to. Zasnęłam całkiem spokojna z poczuciem spełnienia. Tak, cięcie się przez jakiś czas było jak moja misja, rutynowa czynność.
Wiadomo, depresja po jakimś czasie osłabła. Jak to wszyscy mówią – klina klinem. Znalazł się kolejny chłopak. Całe dnie pisania na gadu, kilka rozmów w szkole jakoś po lekcjach. Złą stroną był fakt, że to najlepszy kumpel chłopaka, który doprowadził mnie do tego stanu psychicznego. Na początku nie ufałam mu choćby w najmniejszym stopniu. Ale później jakoś się to zmieniło. Na szczęście jego kumpel leżał w domu z nogą w gipsie. Spokojnie rozmawialiśmy w szkole. Później całe dnie pisaliśmy. Zapominałam o lekcjach do odrobienia, o zadaniach domowych, które obiecałam wykonać. Kompletnie o wszystkim. Na każdej dodatkowej lekcji angielskiego, myślałam tylko o tym , żeby już wyjść. Ale zaczęłam nadrabiać braki jakie miałam w swojej wiedzy, mimo tego, że uczyłam się tylko nocami. Słabe oceny, które załapałam wcześniej, teraz systematycznie poprawiałam. Nie wiem ile trwała nasza „znajomość”. Może trochę ponad miesiąc. W ciągu tego miesiąca miałam nieustannie dobry humor. Kompletnie nic nie zapowiadało końca tego szczęścia. Ale wiadomo. To, co piękne ma w zwyczaju szybko się kończyć. Damian przestał się do mnie odzywać dzień po powrocie tamtego Gipsiaka do szkoły. Nie mogłam zrozumieć dlaczego. Ale tak właśnie się stało. Co dziwne utraty tej znajomości nie przeżyłam nawet w najmniejszym stopniu. Może dlatego, że po prostu wiedziałam, że tak to się skończy. Od początku. Powtarzałam dziewczynom, że tak będzie, ale one zawsze mówiły, że wpadam w paranoję. Jednak nie wpadałam. Realistyczne patrzenie w przyszłość. Tak bym to nazwała.
Ale jak to u mnie bywa, zamiast dać sobie spokój, pojawił się kolejny chłopak. Z pozoru świetny. Przy pierwszym spotkaniu zyskał ogromny plus. Przy kilku kolejnych w szkole też. Niestety przy bliskim poznaniu okazał się kompletnym idiotom. Więc jak to bywa, szybko się skończyło moje szczęście. Ponad miesiąc znajomości. A potem płacz. Krótki. I znów historia zatacza koło. Klina klinem? Mam nadzieję, że po raz ostatni.
W międzyczasie były imprezy, a jak to na imprezach bywa – pija się alkohol. I choć myślisz logicznie to i tak jakoś nie protestujesz, kiedy ładny chłopak próbuję Cię udusić swoim językiem. Tu też były wyrzuty sumienia. Popełniasz błędy, masz wyrzuty sumienia, wiesz, że robisz źle, a jednak nadal to robisz. Do czasu gdy pewnych spraw nie zrozumiesz do końca, albo do czasu gdy poznasz kogoś, kto Cię zmienia…
A jak to było później z cięciem ? Kilka razy przez rodziców, kilka razy tak po prostu. I za każdym razem wyrzuty sumienia. Bo tak to z cięciem jest. Masz problem, robisz to, masz wyrzuty sumienia, a później znów to robisz. Błędne koło, z którego bardzo ciężko wyjść… Szczególnie kiedy zupełnie nie masz ochoty tego kończyć…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz