1.Felerny majowy dzień
To zaczęło się pewnego pięknego i majowego dnia. Nic tego nie zapowiadało. Nie było ostrzeżenia, że tego dnia zmieni się we mnie wszystko. Gdybym wiedziała jak bardzo ta jedna decyzja, jedno wydarzenie, na mnie wpłynie – pewnie nigdy bym tego nie zrobiła. To był głupi, szczeniacki wybryk. Pokazówka rodzicom, czego to ich dziecko nie jest w stanie zrobić. „Mamusiu, Tatusiu, wasza córeczka jest w stanie się zabić, jeśli nie zmienicie do niej nastawienia, jeśli do cholery nie zaczniecie jej kochać”. Teraz rozumiem jak bardzo to było głupie. Jedna mała chwila pod nieobecność rodziców. Jeden impuls. Garść tabletek. I wizja bezbolesnego zaśnięcia. Odejścia ze świata, który nas nie potrzebuje. Gdybym wiedziała, że mi nie wyjdzie, że przeżyję, nie próbowałabym. Byłam pewna, że się uda, ale się nie udało. Tabletki widocznie były zbyt słabe. Zresztą co to jest te 30 tabletek. A może by działały, gdyby nie wcześniejszy powrót rodziców. Mama weszła do pokoju, zobaczyła mnie leżącą na kanapie, trzęsącą się, wykończoną psychicznie i fizycznie. Ból po uderzeniu przez mamę rozsadzał moją psychikę, chciałam zginąć, upokorzenie było zbyt silne, a teraz nagle ona wchodzi, jak gdyby nigdy nic, wrócili wcześniej. Widocznie tak musiało być. Wrócili by mnie uratować. Moje listy pożegnalne schowane głęboko, mogłam wyrzucić, nie przydały się. Może szkoda, że się nie przydały, było w nich wszystko, co czuję, cały mój żal. Ale wróćmy do wejścia mamy. Leżałam, czując się coraz gorzej, miałam nadzieję, że po tej dłuższej chwili złego samopoczucia nadejdzie śmierć. Leżałam tak godzinę, ale śmierć, w której miałam takie nadzieje, nie nadeszła. Zamiast tego przyszła mama. Widząc mnie, przestraszyła się. Widziałam to w jej oczach, mimo tego iż bezwiednie powoli się zamykały.
-Idiotko jedna, coś ty narobiła ?
-Nic wielkiego mamo, chcę umrzeć…
-Ile tego wzięłaś?
-Nie wiem, może z 30, może więcej, nie liczyłam dokładnie.
-Wzywam pogotowie.!
-Nie, nie możesz.
-To raz do łazienki, masz to zwymiotować.
-Ale nie potrafię.
-Albo to albo pogotowie. W szpitalu zrobią Ci płukanie żołądka.
No więc musiałam. Stała nade mną prawie godzinę, a ja wymiotowałam. Nie miałam już siły. Wydawałoby się, że po takim wydarzeniu, nastawienie rodziców się zmieni, ale nie zmieniło się.
Następnego dnia jak gdyby nigdy nic, życie wróciło do normy. Rodzice jakby nie pamiętali tego, co chciałam zrobić. Nie pytali nawet dlaczego. Tak jakby uznali, że to normalne dla nastolatek zachowanie. 15 – latka, która chcę się zabić, normalka dosłownie. Codzienność, prawda ? No bynajmniej dla nich to było normalne. A dla mnie ? Mi na początku żyło się ciężko, świadomość, że chciałam przez chwilę stracić życie, odbierała mi radość. Chodziłam przygnębiona, ale nikomu nie mówiłam, przynajmniej od razu. Powiedziałam tylko Oli, tak jakbym miała do niej pełne zaufanie. Nikt inny nie wiedział, ale nadszedł taki moment, chyba z miesiąc po tym zdarzeniu, że powiedziałam kilku innym osobom. Większość była zdziwiona. Nie spodziewali się tego po mnie. Wydawałoby się, że jestem szczęśliwa. Grupa oddanych przyjaciółek, duże grono znajomych, dobre oceny, poparcie nauczycieli, ładny dom, z pozoru szczęśliwa rodzinka, własny pokój, czegóż chcieć więcej ? No tak, tylko ja byłam w stanie to zrozumieć. Pragnęłam z całych sił miłości. Nawet jeśli nie od mamy i taty to chociaż od kogokolwiek.
Jak to wydarzenie bezpośrednio wpłynęło na mój obecny stan psychiczny ? Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia. Ale musiało wpłynąć, bo od tamtego dnia, nic nie jest takie samo. Nic… To wydarzenie spowodowało, że zaczęłam myśleć o sobie inaczej. Wydawałoby się, że w takim zdarzeniu nie ma pozytywów, otóż są. Dzięki temu każde uczucie przeżywam sto razy mocniej. Może w chwilach załamania, to przeszkadza, ale gdy przeżywam radość, przeżywam ją naprawdę mocno. Wręcz intensywnie.
Z perspektywy czasu uważam, że to nie była odwaga, to była słabość. Cholerna słabość. Całkiem nieudany bunt. Ale przeciw czemu bunt ? Przeciw rodzicom ? Przeciw życiu? Czy może jednak przeciw sobie ? Bo próba samobójcza, nawet ta nieudana, to okazanie słabości, kruchości, słabych emocji, braku siły. Samobójca, nawet nieudolny, to tchórz. A bycie tchórzem nie przystoi. Nie przystoi nawet nastolatce z całkiem chwiejnymi nastrojami. Emocjonalnej nastolatce, które nie potrafi zapanować nad własnym życiem. Bo taka właśnie byłam od zawsze – słaba, krucha, nadwrażliwa, delikatna. Nie potrafiłam być inna i chyba nigdy nie chciałam. Każdy najmniejszy choćby smutek kończył się morzem wylanych łez i kolejną zadrą w sercu. Mój mózg naszpikowany jest coraz bardziej smutkiem. Ale gdy jestem szczęśliwa, czuję to całą sobą.
Nie potrafię pisać o czymś, co było tak dawno, choć pamiętam każdy najmniejszy szczegół. Nie potrafię pisać o emocjach, choć jest we mnie ich pełno. Nie potrafię pisać o sobie, bo wydaję mi się, że wszystko co napiszę, jest całkiem banalne. Więc po co piszę ? Chyba z nudów. A może piszę, bo chcę dowiedzieć się czegoś o sobie. Chcę dowiedzieć się jaka jestem naprawdę, bez znajomych, bez nacisku innych, jaka jestem prawdziwa ja. Piszę to tak jakbym pisała to dla kogoś i do kogoś, a tak naprawdę piszę to tylko dla siebie, tak żeby zaszufladkować i przeczytać kiedyś, przypomnieć sobie jaka byłam. Żeby zobaczyć, co we mnie się zmieniło.
Czasem wydaję mi się, że gdyby to zdarzenie nigdy nie miało miejsca, byłabym inna. Ale tego już nigdy się nie dowiem. Nie dowiem się jaka byłabym bez tej świadomości, że był taki moment, że moje życie naprawdę nie miało sensu. Bo choć niewiele się zmieniło, teraz ma sens. W tym momencie bynajmniej mam po co i dla kogo żyć. Zastanawia mnie czy gdybym nigdy nie próbowała tego zrobić, czy miałabym później kiedykolwiek depresję, bo życia przed tym faktem, nie mogę sobie przypomnieć. Widzę wcześniejsze dni, miesiące, lata, jakby przez mgłę. Mgłę, przez którą nie mogę się przedostać.
Jeśli kiedykolwiek będziesz próbował to zrobić, nie rób tego, zastanów się czy warto ? Życie po czymś takim nie jest takie samo. Nie wraca do normy. Choćbyś był szczęśliwy, ślad w psychice zostaje. Gołym okiem niewidzialna rysa, która osłabia Ciebie, wysysa z Ciebie duszę taką jaką była kiedyś. Nic nie wraca do swojej postaci. Wszystko jest inne. Nowe. Poznajesz siebie od nowa, tworzysz swój słaby charakter, który wbrew pozorom, nigdy nie będzie silny. Pozostanie już na zawsze słaby. A mógł być silny, gdybyś tylko chciał. Gdybyś nie chował głowy w piasek tylko walczył. Walczył o szczęście, o pasję, o marzenia, o cokolwiek, co nada sens Twojemu życia. Nie przekreślaj tego, co do tej pory przeżyłeś. Odkreśl to grubą linią i powiedz sobie, że teraz zaczynasz wszystko od nowa. Ale nie próbuj niszczyć, nie próbuj ginąć. To nie jest konieczne.
A co było dalej, kiedy już stchórzyłam ? Dalej okazywałam już coraz więcej słabości… Słabość goni słabość…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz